Inflacja i skromne dochody – czym są splecione?

W bezmiarze codziennych wyzwań, z którymi boryka się współczesne społeczeństwo, nierzadko finansową skibę ludzkich losów targają niespokojne fale inflacji oraz trudności wynikające z niewystarczających zarobków. Rozgadane badanie, przeprowadzone z rozmachem dla BIG InfoMonitor, nie zostawia złudzeń – niemalże połowa ankietowanych postrzega swoje finanse jak szkuner wśród gwałtownych sztormów, a kluczowymi prądami, które coraz mocniej ową łódź w kłopoty wplątują, są niepokojące zjawiska takie jak zdewaluowane pieniądze oraz zawodowe zarobki wyglądające jak kieszonkowe rodem z minionych dekad.

Życie na krawędzi budżetowego kłopotu: Punkt widzenia Polaków

Niemal z nieodpartym zdziwieniem przyjmuje się fakt, że 48 procent obywateli naszego kraju w poczuciu niewystarczającej zasobności komorników budżetowych nęka. Przy czym, każdy z popytanych, choćby nie wiem jak oddany w codziennej pogoni za groszem, wyznałby, że natrętna inflacja – tej menażerii cen, która bezustannie na wyżyny skacze, zaliczyła się do najbardziej dokuczliwych przeciwników domowych finansów. 31 procent badanych, z udręką występującym w roli większości, obwinia pędzące jak wystrzał z procy ceny za wszystko od chleba po kąpielowe mydło, za osaczenie ich portfeli w rogu ringu ekonomicznej walki. Niewiele mniej, bo 23 procent opytanych, przenikliwych obserwatorów własnych rachunków bankowych, wskazało na marne zarobki jak na kluczową przyczynę ich finansowych udręk. W tym kontekście, zastanawiająco wydaje się, jak rzędy pękających pod ciężarem niespełnionych aspiracji zawodowych ludzi dwoją się i troją, by skończone dochody do niewspółmiernych wydatków dobrać.

O toczących się szerokim łukiem monetach i opłakanych zarobkach

Zaś obszernie ciągnący się cieniem po łąkach gospodarki taniec cen jest jak krucho splatana warkocz z nichali, który każdego z naszych obywateli dość regularnie w pracowite boczki szczypie. Głębokie zakorzenienie tego zjawiska w banknotach rozciąga wieczne obcieżenie, a niestabilna wartość pieniądza wydaje się być przewrotnym psotnikiem, który bez cienia wstydu zażarta grę w podchody z naszymi finansami uprawia. Co miesiąc, przy okazji regulowania rachunków, z niesmakiem odnotowujemy, jak te nasze ciężko zarobione złotówki porównywalne są do wiatru – na chwilę czuć ich przyjemny, choć ulotny dotyk, by za moment w niewiadome przepaści zniknąć. Tymczasem, kiedy wracamy do tematu zarobków, powszechność narzekań jest jak rdza, która się po żelazie cichaczem wkrada. Ludzie opowiadają, że pensja, jak zaspana biedronka na porannym liściu, porusza się ledwie widocznie naprzód i nadążać za kosztami życia z trudem zdaje się próbuje. Szeregowym pracownikom, ale i niejednemu fachowcowi zaawansowanemu, kwiat w portmonetkach nie kwitnie, a zarobki, bardziej niż rozbudzające nadzieje, przypominają wątłą trzcinę na wietrze – falują ulegając każdemu podmuchowi gospodarczego niepokoju.